Każdego roku tysiące osób wyrusza na Annapurna Base Camp czy Kilimandżaro. Część wraca z poczuciem spełnienia, a część wraca wcześniej, niż planowała. Zobacz, jakie błędy są najczęściej popełniane oraz jak ich uniknąć. Jeśli czytałaś/eś już nasz przewodnik po przygotowaniach do wyprawy wysokogórskiej, to poniższe informacje będą dla Ciebie naturalnym uzupełnieniem tamtego artykułu.
Błąd nr 1: Nowe buty w dniu wyjazdu
To brzmi jak oczywistość, dopóki nie sprawdzisz, ile osób naprawdę to robi. Źle dobrane buty prowadzą do otarć i pęcherzy, które zamieniają trekking w koszmar.
Jaka jest skala problemu? Buty trzeba rozchodzić na minimum 50-80 km przed wyjazdem i to w różnych warunkach. Na szlaku, z obciążeniem, w deszczu. Pęcherz na stopie, który w domu zgoiłby się w trzy dni, na 4 500 metrach goi się w dwa tygodnie. Skóra regeneruje się wolniej w hipoksji, a mokrość środowiska nie pomaga.
Ale bardzo łatwo jest tego uniknąć! Kup buty co najmniej 3 miesiące przed wyjazdem. Przetestuj je na kilku, nawet kilkunastu całodniowych wyjściach. Przynajmniej jedno wyjście powinno być wielogodzinne i z plecakiem. Jeśli po 30 km buty ocierają w tym samym miejscu, zmień model. Nie naprawiaj złych butów plastrem, naprawiaj właściwym doborem obuwia.

Błąd nr 2: Przekonanie, że kondycja chroni przed chorobą wysokościową
Podatność na AMS jest losowa. Kondycja fizyczna nie stanowi ochrony przed chorobą wysokościową! Osoby bardzo sprawne fizyczne chorują równie łatwo jak osoby prowadzące siedzący tryb życia. To jest jeden z tych faktów, który brzmi abstrakcyjnie do momentu, gdy stajesz na 4 000 metrach z rozpierającym bólem głowy, choć przed wyjazdem biegałaś/eś półmaratony. Mężczyźni wydają się bardziej podatni niż kobiety, zwłaszcza młodzi i sprawni fizycznie, bo rywalizacja i chęć pokazania się popycha ich do zbyt szybkiego tempa.
Choroba wysokościowa nie jest kwestią słabości. Jest kwestią tempa wznoszenia i biologii. Aż 80% zgonów spowodowanych chorobą wysokościową ma miejsce w grupach trekkingowych. Zwykle dlatego, że trekkerzy spieszyli się i nie dali ciału czasu na aklimatyzację.
Co zrobić? Trenuj, ale nie po to, żeby uciec od AMS, tylko po to, żeby marsz był przyjemniejszy i szybciej się regenerować. Aklimatyzacja to osobna sprawa. Słuchaj ciała, nie ignoruj bólu głowy, nie wchodź wyżej gdy masz objawy i zaplanuj trasę z wbudowanymi dniami odpoczynku. Więcej na temat choroby wysokościowej i jak jej uniknąć znajdziesz w tym artykule.

Błąd nr 3: Ubezpieczenie turystyczne zamiast wysokogórskiego
Helikopter ewakuacyjny z rejonu Khumbu kosztuje od 4 000 do 6 000 dolarów. Twoje ubezpieczenie turystyczne z OC i bagażem prawie na pewno tego nie pokrywa. Musisz sprawdzić, czy polisa obejmuje trekking do wysokości powyżej 5 000-6 000 metrów.
To jest błąd, który popełniają nawet doświadczeni podróżnicy. Standardowe polisy turystyczne mają wyłączenia dla “sportów ekstremalnych” lub limitują pokrycie do określonej wysokości. Wielu trekkerów oszczędza na ubezpieczeniu. Jeśli pojawi się problem medyczny, to nawet ewakuacja lotnicza może to kosztować tysiące dolarów. Dobra polisa powinna obejmować trekking na dużych wysokościach i ratownictwo helikopterem. Bez niej narażasz siebie i swoją rodzinę na potencjalnie rujnujące ryzyko finansowe.
Przed zakupem polisy zadzwoń do ubezpieczyciela i zapytaj wprost: czy pokrywa trekking/wspinaczkę do X metrów nad poziomem morza? Czy obejmuje ewakuację helikopterem? Czy wyłącza sporty wysokiego ryzyka? Wykup ubezpieczenie zanim wpłacisz jakąkolwiek zaliczkę za wyprawę, bo jeśli coś się stanie przed wyjazdem, też będziesz potrzebować ochrony.

Błąd nr 4: Treningi bez specyfiki górskiej
Wielu ludzi przez kilka miesięcy przed wyprawą chodzi na siłownię, jeździ na rowerze i pływa. Takie osoby pojawiają się na szlaku z przyzwoitą kondycją ogólną, ale zupełnie nieprzygotowanymi kolanami do wielogodzinnych zejść i plecami do dźwigania plecaka z obciążeniem. Najtrudniejszą rzeczą na szlaku do Everestu nie jest wchodzenie pod górę przez jedną godzinę. To wchodzenie pod górę przez kilkaset metrów w ciągu kilku godzin i robienie tego dzień po dniu, przez kilkanaście dni z rzędu.
Trening na płaskiej bieżni z 8% nachyleniem przez 45 minut to dobry początek, ale to nie to samo co real-life zejście z 600 metrów z plecakiem na plecach. Szczególnie zaniedbywane są schodzenia. To właśnie zejścia najczęściej niszczą kolana. Ekscentryczny wysiłek mięśnia czworogłowego jest wielokrotnie większy przy schodzeniu niż wchodzeniu. Ludzie trenują podejścia, a na długich zejściach końca dnia w Himalajach ich kolana po prostu się sypią.
Aby zminimalizować to ryzyko, dwa razy w miesiącu przez ostatnie 3 miesiące przed wyjazdem wyjdź na prawdziwe, wielogodzinne wyjście w teren górski. Takie z plecakiem z obciążeniem. Dwa kolejne dni 5-godzinnych marszów pod rząd imitują zmęczenie na szlaku lepiej niż jakikolwiek trening siłowy. Dodaj również ćwiczenia ekscentryczne na mięsień czworogłow. To najlepsza prewencja przed bólem kolan przy schodzeniu!

Błąd nr 5: Wybór operatora wyłącznie według ceny
Przewodnicy, licząc na wyższe napiwki, często “holują” wspinaczy z objawami choroby wysokościowej, byle tylko zdobyć szczyt. To jeden z tych błędów, których konsekwencje pojawiają się nie przy rezerwacji, ale w kryzysowym momencie na górze – gdy przewodnik, który kosztował najmniej, wywiera presję żebyś szedł dalej mimo bólu głowy. Lub gdy okazuje się, że agencja nie ma przy sobie pulsoksymetru ani apteczki wysokogórskiej.
Np. dla Kilimandżaro dobry operator oznacza:
- codzienne pomiary saturacji,
- dostęp do przenośnej komory hiperbarycznej (worek Gamowa),
- samochód awaryjny na 3 700 m,
- przewodnik z doświadczeniem i certyfikatem pierwszej pomocy wysokogórskiej
- oraz brak presji na zdobycie szczytu za wszelką cenę.
Zawsze pamiętaj – zdobycie szczytu jest opcjonalne. Zejście w bezpiecznym stanie jest obowiązkowe. Przy wyborze operatora pytaj wprost, jakie mają wyposażenie dot. bezpieczeństwa? Ile razy przewodnik zdobywał dany szczyt? Jak postępują gdy uczestnik wykazuje objawy AMS? Dobry organizator będzie chciał odpowiedzieć na te pytania, a zły zmieni temat.


